USA

Podczas blisko miesięcznej wyprawy pokonaliśmy ponad 5600 km, kierując się wzdłuż wschodniego wybrzeża Ameryki. Zaczęliśmy od Kanady i wodospadu Niagara, a skończyliśmy w Key West na Florydzie.

Amerykę znaliśmy tylko z filmów. Przyszedł czas na sprawdzenie czy faktycznie jest ona taka jak na tych wszystkich thrillerach, horrorach i filmach XXX :-)

Tylko dwa tygodnie przygotowań i plan gotowy – trasa o jakiej już dawno marzyłem zaczyna się spełniać – wypożyczamy samochód i przemierzamy Amerykę. Wzdłuż całego wschodniego wybrzeża. Samochodowy rajd począwszy od Niagary, a skończywszy na Florydzie. A po drodze przemierzamy stany New Jersey, Nowy Jork, Maryland, Pensylwanię, Virginię, Północną i Południową Karolinę, Georgię oraz Florydę.

Czy było tak jak na oglądanych filmach?

NYC

Już w samolocie wiedzieliśmy, że lecimy do Ameryki – na obiad serwują nam pizzę. Pominąwszy zaginiony bagaż – podróż minęła bez większych kłopotów.

Nowy Jork – nigdy nie zasypiające miasto. Dzięki mojemu staremu kumplowi z podstawówki, który teraz na stałe mieszka w NYC, nie było problemu z mieszkaniem ani przewodnikiem. Dzięki Piotrek!

Jak każdy turysta obowiązkowo zaliczyliśmy: Statuę Wolności, Ground Zero, Wall Street, Central Park, Muzeum Naturalnej Historii, itd. Nie ma co opisywać, każdy w 5 sekund znajdzie w Internecie potrzebne informacje. Skupimy się na rzadziej odwiedzanych miejscach.

RC

Odwiedzamy Rockefeller Centre i znajdujące się tam studia telewizyjne NBC. Oglądamy miejsca, gdzie powstają takie kultowe programy jak Saturday Night Live, Late Night with Conan O’Brien, itp. Około północy wracamy jeszcze do tego miejsca. Z dachu budynku rozpościera się bowiem najładniejsza panorama miasta. Zwłaszcza nocą. Z dachu Rockefeller Centre widoczny jest także Empire State Building, który po zawaleniu się wież WTC jest teraz najwyższym budynkiem w NYC.

BANK

Następnego dnia odwiedziliśmy Bank Rezerw Federalnych. Aby się tam dostać konieczna była uprzednia rejestracja i otrzymanie specjalnego zaproszenia. Na szczęście zaproszenie przyszło tuż przed wylotem. W środku banku nadzwyczajne procedury, kamery, bramki, identyfikatory. Wiedziałem dlaczego. Za chwilę zjechaliśmy bowiem do samego skarbca, w którym przechowywane są największe na świecie rezerwy złota. Większość z nich to złoto przechowywane tam przez wiele różnych państw świata. Zjechaliśmy windą pod ziemię, na najniższy poziom, wydrążony w samej skale wyspy Manhattan. 15 metrów poniżej poziomu morza. Po przejściu ogromnych drzwi byliśmy w samym skarbcu. Wokół dziesiątki małych okratowanych pomieszczeń, w każdym sztaby złota od ziemi aż po sam sufit! Niesamowite wrażenie! Przechowywane są tam miliardy dolarów w złocie.

Człowiek śmieje się jak dziecko mogąc dotknąć sztabek leżących na wyciągnięcie ręki. Aż dziw bierze, że pozwalają to oglądać. Zdecydowanie najbardziej wyjątkowa atrakcja NY! Może coś weźmiemy na pamiątkę?

chicago

Oczywiście będąc w NY nie obeszło się bez kultury przez duże K! Postanowiliśmy zobaczyć co do zaoferowania ma Broadway. Wybieramy CHICAGO – musical, nieprzerwanie grany od 1975 roku jest chyba najbardziej znanym i nagradzanym przedstawieniem w NYC. Jego ekranizację filmową z Richardem Gere, Catheriną Zeta-Jones i Renee Zellweger można oglądać w PL. Musical nie bardzo przypadł mi do gustu, na wakacjach zdecydowanie bardziej wolę luźniejsze musicale, w stylu Mamma Mia!, który oglądaliśmy w Londynie. Tak czy inaczej, obydwa musicale dużo lepsze są w oryginale, na żywo niż w TV czy kinie.

Była kultura przez duże K, przyszła pora i na rozrywkę przez duże R! W stosunkowo młodej Ameryce nie ma tylu zabytków co choćby w niedawno odwiedzanej Azji. Ameryka nadrabia za to w inny sposób. Ma najnowocześniejsze, największe, najwyższe i najszybsze rollercoastery na świecie. Jeszcze przed wyjazdem wiedziałem gdzie są te „NAJ”. Już same ich nazwy przerażają: Kingda Ka, El Toro, Nitro.

Kingda Ka – to najwyższa i najszybsza kolejka na świecie. Hit! Od 0 do 206 km/h w 3.5 sekundy. Siłą rozpędu kolejka wjeżdża na pionowy szczyt, osiągając wysokość 139 m (37-piętrowy budynek), a następnie pionowo zjeżdża w dół. Przyśpieszenie wbija w fotel, trudno jest oddychać, całe szczęście że wjazd i zjazd trwa kilkanaście sekund. Trudno to opisać więc znalazłem w sieci krótki film. Zobaczcie sami:

Ale to nie wszystko – kilka nieplanowanych atrakcji może spotkać pasażerów tego rollercoastera. Na przykład przy niekorzystnych wiatrach, kolejka może nie dojechać na sam szczyt i zacznie wracać tyłem, hamując awaryjnie za pomocą specjalnych hamulców. Co ciekawe, kolejka nie jeździ w deszczu czy nawet mżawce z powodu niebezpieczeństwa jakie może stanowić dla osób zderzenie z kroplami deszczu przy prędkości ponad 200 km/h.

NIAGARA

NG

Po 5 dniach postanawiamy zakończyć pobyt w NYC, wynajmujemy samochód i wyjeżdżamy we właściwą podróż wzdłuż USA. Najpierw kierujemy się na północ, pod samą granicę z Kanadą, gdzie oczywiście oglądamy Niagarę. Widoki zapierające dech w piersiach. Dosłownie. Zwłaszcza jeśli wybierze się podróż statkiem pod sam wodospad. Większość osób odwiedzająca Niagarę twierdzi, że ze strony amerykańskiej jest słaby widok na Niagarę. To prawda, dlatego przekraczamy granicę i udajemy się do Kanady, gdzie z przeciwległej strony dużo lepiej widać wodospad. Ale najlepiej widać i czuć Niagarę ze statku, który podpływa aż pod sam wodospad. Wszyscy obowiązkowo ubieramy nieprzemakalne foliowe kurtki, które jednak niewiele pomagają. Otoczeni jesteśmy trzema wielkimi kaskadami i milionami hektolitrów wody spadającej z ostrzępionych skał z wysokości 60 metrów. Mokro, ale wesoło. Zdecydowanie najlepszy widok!

WASHINGTON

Po Niagarze jedziemy prosto do Waszyngtonu, gdzie oglądamy Biały Dom, Kapitol oraz Pomnik Waszyngtona. Na zwiedzanie Waszyngtonu spokojnie wystarcza jeden dzień. Wieczorem jedziemy dalej. Zmęczeni, kilkudniowym intensywnym zwiedzaniem postanawiamy zatrzymać się w Morehead w Północnej Karolinie. Ale nie bez przyczyny. Wiedzieliśmy, że niedaleko znajdują się najlepsze miejsca nurkowe tej części Ameryki. Zwłaszcza wrak niemieckiej łodzi podwodnej U-352. Będąc tutaj nie mogliśmy przegapić nurkowania na niemieckim U-bocie z czasów II wojny światowej. Już pierwszego dnia udaje się nam dołączyć do wyprawy na wrak. Niestety, bardzo silne prądy, znacznie utrudniły nam zobaczenie całego wraku. Przy tak silnym prądzie nie dało się dopłynąć do końca wraku, brakowało sił i oddechu. Trzeba było trzymać się wraku, aby prąd nie zniósł nas na pełne morze. Nasze nurkowanie odbyło się w zasadzie wokół samej nadbudówki. Z kolei drugie nurkowanie utrudniły nam pływające wokół wraku rekiny. Całkiem spore, 2 metrowe okazy. Pływały cały czas wokół, obserwując nas swoimi ślepiami. Zastanawiałem się czy to my ich cały czas obserwujemy, czy to one nie spuszczają z nas swoich nie wyrażających żadnych emocji ślepi. Ale że miałem ze sobą kamerę więc zobaczcie sami:

Po Karolinie udaliśmy się dalej na południe, do Orlando. Tuż przed miastem zboczyliśmy udając się na przylądek Cape Canaveral. Odwiedziliśmy NASA Space Center.

CSC

W centrum lotów kosmicznych zobaczyliśmy to co do tej pory oglądaliśmy tylko na Discovery ( prawdę mówiąc mieliśmy nadzieję że zobaczymy). Miejsce startu wahadłowców, hale gdzie budowana jest obecna stacja kosmiczna, rakiety i wahadłowce. Trochę powiało nudą – większość hal zamiast ciekawych ekspozycji prezentowała telewizyjne pokazy multimedialne, co równie dobrze moglibyśmy zobaczyć na Discovery siedząc na kanapie w domu. Nawet wielki prom kosmiczny do którego można było wejść okazał się dobrze wykonaną makietą.

orlando

Następny dzień był już lepszy, wylądowaliśmy w Universal Studios. Kolejny park rozrywki, coś na wzór Disneylandu, tyle że dla większych dzieci :-). Ogromny park rozrywki, z ogromnymi halami, w każdej znajdowała się jedna atrakcja związana z jakimś hitem filmowym wytwórni Universal. Były więc hale: Terminator (pokaz trójwymiarowy z dalszą częścią przygód Arnolda), Twister (symulacja huraganu), Mumia (rollercaster w podziemiach) Shreck (pokaz czterowymiarowy z dalszą częścią przygód Shrecka), Szczęki (przejazd łodzią wśród rekinów), itp.

beach

Z Orlando pojechaliśmy prosto do Miami. Pierwsze gdzie się udaliśmy to Miami Beach. Znowu rozczarowanie. Wcześniej znaliśmy Miami tylko z filmów. Nie przypominało to nam Słonecznego Patrolu czy Policjantów z Miami :-). Tylko wieczorami promenada przy plaży zaczynała tętnić życiem. Ale jeśli ktoś myśli, że można tam zobaczyć jakieś celebrities to się rozczaruje. Nuda. Dlatego udaliśmy się nad same morze, gdzie w budce ratownika i przy butelce wina, spędzamy resztę wieczoru.
Drugiego wieczoru postanowiliśmy sprawdzić jak wyglądają nocne kluby Miami. Po obowiązkowym odstaniu w kolejce do jednego z nich, weszliśmy do środka. (podobno czym dłuższa kolejka tym lepszy lokal). Niesamowity tłok i ścisk. Trochę jak u nas z tą różnicą, że u nas nie wręczasz napiwku za pończochy tańczącej na barze dziewczynie…

KEY WEST

Następnego dnia jedziemy do Key West – celu naszej podróży. Jest to miasto-wyspa uznawana za najbardziej wysunięty na południe punkt Ameryki. Stąd już tylko rzut beretem do Kuby i miejsce gdzie setki uchodźców próbują się przedostać do ziemi obiecanej. Podobno wg legendy, na wyspie ciąży indiańska klątwa, zgodnie z którą, kto raz znajdzie się na wyspie, do końca życia będzie chciał na nią powrócić. Klątwa zadziałała, Key West okazało się bardzo uroczym miasteczkiem z wyraźnym wpływem kultury kubańskiej. Popołudnie spędziliśmy w klimatycznej knajpce przy zapachu kubańskich cygar i muzyce na żywo. Na Key West odwiedzamy także dom Ernesta Hemingwaya.

EVERGLADES

hmg

Kolejny dzień to wizyta w Parku Narodowym Everglades. Już w Polsce wyczytaliśmy, że lato to nie najlepsza pora na odwiedzanie tego parku. Powód – moskity. Pomyślałem sobie – przyjechaliśmy taki kawał więc nie będą nam jakieś komary przeszkadzać w oglądaniu aligatorów i innych dzikich zwierzaków. Pojechaliśmy. Już od samego początku było widać, że wszędzie pusto. Tylko z kilkoma osobami odwiedziliśmy miejsce w którym podglądaliśmy jak żyją krokodyle. Dało się wytrzymać z moskitami więc pojechaliśmy dalej w głąb parku. Po godzinie dotarliśmy do samego wybrzeża chcąc zobaczyć słynne flamingi. Zresztą samo miejsce nazywa się Flamingo. Wychodzimy i idziemy nad samo wybrzeże aby pstryknąć sobie fotki. I zaczęło się. Atak! Moskity! W życiu sobie nie wyobrażałem, że tak nagle mogą się pojawić i w dodatku w takich ilościach. Nie ma szans ich odgonić. Tysiące. Pomimo, że w ciągu 30 sekund jesteśmy z powrotem w samochodzie, jest już a późno. Bąble wielkości dwudziestogroszówek pokrywają nam twarz, szyję i ręce. Wracamy odczuwając na własnej skórze, że faktycznie lato nie jest najwłaściwszą porą na odwiedzania tego parku… Nie najlepsze wspomnienie na sam koniec naszej podróży…

Następnego dnia jesteśmy na lotnisku i jak zwykle w ostatniej chwili wysyłamy kartki…

Oczywiście w drodze powrotnej również ginie nam jeden bagaż – ale zdążyliśmy się już do tego przyzwyczaić. I oswoić – jak zwykle kupujemy sporo ciuchów na koszt linii lotniczych. Po 3 dniach odnaleziony bagaż jest już w domu…

Wschodnie wybrzeże zaliczone. Przed nami jeszcze zachodnie, ale to już temat na osobną opowieść…

Zdjęcia oglądniesz w katalogu USA – kliknij tutaj